Szukaj

Julia Oleś - Każdego Szkoda - Fragment książki

FRAGMENT:

To zawsze jest trochę zabawne, kiedy poznaje się kogoś, kogo wcześniej znało się wyłącznie z pierwszych stron gazet. Czy tego chcemy, czy nie, mamy wyrobiony jakiś obraz tej osoby, zestaw skojarzeń i oczekiwań, pamiętamy go w określonym kontekście i nie do końca zdajemy sobie sprawę z faktu, że to też jest żywa, normalna osoba. Przez ostatnie lata zdążyłam się na to uodpornić. W przeciwieństwie do Mariolki nie dostawałam nienaturalnego słowotoku ani, wzorem Janusza, nie przyglądałam się delikwentowi badawczo, zapominając, że to nie jest ekran telewizora, tylko trójwymiarowy, prawdziwy człowiek. A jednak nadal zdarzały się sytuacje, które potrafiły mnie zaskoczyć.

Bo oto stał przede mną pan minister Janowski, naciaprany jak wójt na dożynkach w Kopydłowie, bezskutecznie usiłujący złapać ostrość widzenia i ciągle mówiący do mnie „Justyna”.

– Fidzisz, Justyna – bełkotał, przytulając się przy stoliku do butelki Jacka Daniel'sa, a kropla potu wisząca mu na czubku nosa zdawała się podrygiwać w rytm rąbanki Pitbulla dobiegającej z parkietu. – To nie jest tak, sze ja sobie mogę tak fiesz… Tak se fyjść i tak se poznać kogoś, tak sobie zapoznać, rozumiesz! To nie jest łatwe, bo ja jednak jestem znanym człofiekiem, Justyna! – Rozmowy na tematy przyziemne, takie jak wycieczki szkolne z moją babcią w latach osiemdziesiątych, ostatecznie mogłam uznać za zakończone. Niespostrzeżenie Andrzej przekroczył magiczną granicę między „imprezowym upojeniem” a „zabetonowaniem absolutnym”, w którym to stanie pan minister nie tylko odznaczał się nagłym upośledzeniem aparatu mowy, ale również bujał się na boki, jakby właśnie przemierzał bezkresne wody Lazurowego Wybrzeża na jachcie swojego przyjaciela, gwiazdora filmowego. Janusz i Grażyna patrzyli po sobie z mieszanką przerażenia i rozbawienia. Ja usiadłam przy Andrzeju, pomna obietnicy, jaką godzinę wcześniej złożyłam Halince. Jako gospodyni imprezy na osiemdziesiąt osób musiała ciągle krążyć po sali i zabawiać biesiadników, dlatego poprosiła mnie, żebym pod jej cykliczną nieobecność dotrzymywała towarzystwa biednemu Andrzejowi, który nikogo na tej imprezie nie znał. – I potem się pojafia taka Halinka. Fiesz, jak jom kocham? Fiesz? CZY TY TO ROSUMIESZ?! – krzyknął, opluwając mnie nieznacznie, a pot spływał mu po czerwonej twarzy. – I nawet może chodzić sobie w tych idiotycznych sukienkach, chociaż jej mówię, że to jest, kurwa, śmieszne… – dodał, po czym wprawnym ruchem wyzerował kolejną szklankę whisky. Moja feministyczna dusza rwała się, żeby poinformować pana ministra, że jest na świecie jedna osoba, która może mówić Halince, jak ma się ubierać, i jest to Halinka, a mężczyzna o jego prezencji raczej powinien sobie darować uwagi dotyczące stylu, ale zamiast tego otarłam jego ślinę rękawem kombinezonu i rozejrzałam się desperacko za Halinką."


← wróć do strony głównej

Koszyk

Twój koszyk jest pusty

Wybierz pierwszy produkt