Szukaj

Julia Oleś - 7 lat przypału - fragment pierwszy

FRAGMENT 1:

Bo wiecie, jeśli chodzi o romantyczne historie — to lubię. No, kurczę, lubię. Nic nie poradzę. A nawet próbowałam poradzić: taki na przykład mój terapeuta od kilku lat dłubie ze mną w tych schematach. I dłubie, i dłubie, i końca nie widać, a ja nadal gustuję w fajerwerkach, a i dobrym harlequinem nie wzgardzę. I to nie do końca jest moja wina, naprawdę! Gdybyście znali moją rodzinę, tobyście zrozumieli, ale tę historię opowiem Wam innym razem, bo mi dziś atramentu w laptopie nie wystarczy.

W każdym razie: lubię. Ewidentnie przedawkowałam Jane Austen w dzieciństwie, toteż relacje zainaugurowane widowiskowo, okraszone przeciwnościami losu, co to brzmią dramatycznie i trochę jak bryk z powieści Danielle Steel, a trochę jak inspiracja dla scenarzystów „Trudnych spraw”, to jest to, co tygryski lubią najbardziej. Jest więc coś wysoce symbolicznego w sposobie, w jaki poznałam swojego starego, bo ani to porywające, ani trzymające w napięciu. Przypadku nie było w tym jednak cienia. Bo do momentu w moim życiu, w którym postanowiłam szukać szczęścia nie w chmurach, a przy chodniku, zaprowadził mnie mój Ostatni Wielki Romans.

Ale od początku.

Nie wiem, w jakim stopniu jesteście zaznajomieni ze specyfiką wizyt u kosmetologów, lekarzy medycyny dentystycznej i innych specjalistów około twarzowych, ale zasada jest taka: jeśli ma być dłubane, zrezygnowanie z mejkapu jest nie tylko rozsądne, ale i oczekiwane. Jeśli mają być igły, wiadomo, że tego dnia oblicze swe zaprezentujecie wyłącznie swojemu psu i, ewentualnie, najbardziej zaufanemu kurierowi na dzielni, więc odpuszczenie sobie przemyślanej stylówy jest poniekąd oczywistym ruchem.

To był ten dzień.

Miało być dłubane.

W dodatku — dłubane igłą, bo planowana była jakaś mezoterapia, czy inne witaminy. Czy wjechał dres? Otóż wjechał dres. Wjechała również cebula na środku głowy. Wjechała czysta rezygnacja wymalowana na twarzy. I tak oto wyposażona Julia wkroczyła do przybytku urody, tylko po to, żeby wpaść na jednego z trzech najpiękniejszych osobników płci męskich, jakich w życiu spotkała. 

Osobnik ów wyposażony był zgoła inaczej, posiadał bowiem metr dziewięćdziesiąt wzrostu, sześciopak, który przebijał mu nawet przez perfekcyjnie skrojony garnitur, w który był odziany, fryzurę na młodego Mickeya Rourke’a, uśmiech na późnego Toma Cruise’a, błysk w oku, który ewidentnie był inspiracją dla Mroza, kiedy tworzył „Miliony monet”, a do tego wszystkiego roztaczał wokół siebie silną woń kadzidła, piżma i starego kościoła, czyli, umówmy się, PACHNIAŁ NAJLEPIEJ NA ŚWIECIE.

Odnotowałam jego bezwstydnie perfekcyjną fizyczność ze spokojem, właściwym niewieście w moim wieku. Piękni ludzie się zdarzają, to nie powód do paniki. Następnie usiadłam w poczekalni, wiedząc, że już za kwadrans oblicze me zostanie obficie pokolorowane mą własną krwią.

Wtem boski blondyn zapytał sympatyczną recepcjonistkę, czy jest szansa na podkręcenie klimy, bo na zewnątrz było trzydzieści jeden stopni, a w środku jakoś ze trzydzieści pięć. Pani recepcjonistka odparła, że przeprasza, ale mają awarię, bo nikt się nie spodziewał takich upałów w lipcu, na co ja dodałam pod nosem, że to zupełnie jak z hiszpańską inkwizycją i tu nastąpił moment żywcem wzięty z sitcomu, albowiem boski blondyn podskoczył, odwrócił się w moim kierunku i oszołomiony wykrzyknął:
— Monty Python? Kocham!!! 

Następny kwadrans był klasycznym spijaniem sobie z dzióbków. On mi, że hahaha, ja mu, że hihihi, on mi, że jest kardiochirurgiem operującym na co dzień sieroty w szpitalu w Bostonie, ale przyjechał do przyjaciół w odwiedziny, ja mu na to, że to się świetnie składa, bo sama dysponuję złamanym sercem i może na nie zerknie. Kumacie ten klimat. Nagle jednak nadszedł moment, na który żadne z nas nie było gotowe, mianowicie pani doktor otworzyła drzwi do swego przybytku i zawołała „pani Julio, zapraszam!”. Wstałam więc niechętnie, pożegnałam się z Kardiochirurgiem z Bostonu i poszłam stawić czoła zabiegom upiększającym, choć szpecącym. 

I kiedy byłam już w trakcie orania swojego prawego policzka, do gabinetu wpadła podekscytowana recepcjonistka, piszcząc:

— Pani Julio, ten pan z poczekalni prosił, żebym zapytała, czy zechce pani po zabiegu pójść z nim na kawę. On poczeka.

Wbiłam w nią swój wytrzeszcz, po czym wyjąkałam, że jasne, tylko proszę przygotować pana z poczekalni na to, że dres i podziurawiona twarz mogą mu nie pasować do garnituru.

Dokładnie trzydzieści siedem długich minut później, czekał na mnie tam, gdzie się ze mną pożegnał...



← wróć do strony głównej

Koszyk

Twój koszyk jest pusty

Wybierz pierwszy produkt